Pierwsze zdjęcie przedstawia kaplicę domową Zgromadzenia Misjonarzy Ducha Świętego przy ulicy Marchlewskiego 4 (dzisiaj Ducha Świętego) w Chojnicach.
Fotografia 1. Wnętrze nieistniejącej kaplicy domowej Misjonarzy Ducha Świętego w Chojnicach.
Kaplica już nie istnieje. W jej miejscu urządzono pokój gościnny.
Fotografia 2. Brat Piotr Lipiec ze scholą i ministrantami.
Fotografia 2. Widać na niej śp. brata Piotra Lipca wraz z ministrantami i scholą. Na zdjęciu są: Ewelina i Darek Kuczkowscy, Waldek Myszka, Grażyna Górecka, Marek Rudnik, Mirek Jażdżejewski, Marek Foks, Jacek i Andrzej Łangowscy, bracia Dalhke (możliwe, że niepoprawnie napisałem nazwisko. Imion nie pamiętam), jest też moja siostra Ania, jestem i ja. Zdjęcie jest zrobione na tle domu zakonnego od strony ogrodu. Obecnie jest to wnętrze kościoła "duchaczy". Gdyby wejść po tych schodach bylibyśmy w prezbiterium. Zdjęcie datuję na 1981 lub 82 rok. Zrobiła je najprawdopodobniej Wiesia Myszka, która również należała do scholi. Oczywiście nie znaleźli się na nim wszyscy ministranci i dziewczyny ze scholi ponieważ zrobione zostało po jednej z mszy. Prawdę mówiąc nie umiałbym w inny sposób wskazać Wam brata Piotra. Nie znalazłem jego wizerunku również na stronach "duchackich". Tak jak i ojca Kazimierza Nowaka, który w Chojnicach nie pokazywał się publicznie. Był po wylewie i bardzo nieporadnie się poruszał i komunikował. Nie chodził nawet na wspólne codzienne posiłki. Opiekował się Nim brat Piotr. Miałem zaszczyt raz czy dwa służyć do Mszy Świętej, którą odprawiał prywatnie w kaplicy. Z tego co pamiętam do śp. ojca Kazimierza przyjeżdżał raz lub dwa w tygodniu pielęgniarz chojnickiego szpitala aby Go wykąpać. Z tego co mówił ojciec Hieronim był nim Andrzej najprawdopodobniej Piotrowski. Przy okazji ustalę ten szczegół.
Fotografia 3. Moi rodzice i ojciec Hieronim Lewandowski.
Fotografia 3. Z uroczystości kościelnych 25-lecie pożycia małżeńskiego moich rodziców w kaplicy ze zdjęcia nr 1. Osoba duchowna to nikt inny jak śp. ojciec Hieronim Lewandowski. Twórca zakonnej wspólnoty Misjonarzy Ducha Świętego w Chojnicach. (fot. 20 kwiecień 1985 rok). Ech... dusza człowiek.
Tym razem na tyle. Przymierzam się do poważniejszego artykułu w temacie Misjonarze Ducha Świętego w Chojnicach.
W nocy 26/27 maja 2012 roku wziąłem udział w czuwaniu z okazji uroczystości Zesłania Ducha Świętego, które odbyło się w parafii pod wezwaniem Chrystusa Króla i Błogosławionego Daniela Brottier w Chojnicach. Zaprosili mnie na nie za pośrednictwem portalu społecznościowego facebook, Agnieszka Mrozek-Gliszczyńska i Mirosław Zabrocki - proboszcz tejże wspólnoty.
Panią Agnieszkę znam z Kwietniowych Spotkań z Poezją, księdza Mirosława od wielu, wielu lat. Mój konfrater ze Zgromadzenia Misjonarzy Ducha Świętego w którym przez dwa lata bylem. Z ogromnym sentymentem powracam we wspomnieniach do minionego czasu. Ale.. to już historia.
Z chojnickim Domem Zakonnym związałem się praktycznie od samego początku, gdy Misjonarze Ducha Świętego sprowadzili się do naszego miasta. Miałem zaszczyt zostać pierwszym ministrantem duchackiej kaplicy. Pionierzy wspólnoty to: ojcowie Hieronim Lewandowski, Stefan Smolarek, Kazimierz Nowak, Tadeusz Michalski i brat Piotr Lipiec. Niestety wszyscy już nie żyją. Najbardziej mi brak o. Hieronima. Poczciwy człowiek, prawdziwy przyjaciel. Zmarł w Wigilię Bożego Narodzenia w 1989 roku w bydgoskim szpitalu. Zdążyłem w przeddzień śmierci z Nim się jeszcze zobaczyć. Patrzyliśmy na siebie przez długą chwilę w milczeniu. Nie sądziłem, że po raz ostatni. Ten pełen zatroskania o mnie wzrok pamiętam do dzisiaj. Otrzymałem od ojca Hieronima krzyżyk z symbolem Ducha Świętego, który noszę do dzisiaj w klapie marynarki.
- Ale nie o tym chciałem pisać.
Wracając do czuwania... Zanim pojechałem na nie. Zajrzałem w program uroczystości. Był w nim między innymi Apel Jasnogórski. Pomyślałem, że warto przy tej okazji podzielić się wierszem, jak chlebem, który przed laty utkwił mi w pamięci. Nie znam autora, pamiętam, że pochodzi z Chrześcijańskiego Teatru Słowa. Mocny tekst rozpoczynający się słowami: "Maryjo Królowo Polski". W pierwszych słowach słuchaczy stawia w osłupienie, potem... to już refleksja nad własnym wnętrzem. Ojcom Mirkowi Zabrockiemu i Wojtkowi Lanieckiemu pomysł przypadł do gustu. Zaproponowałem, że dorzucę jeszcze trzy teksty Romana Brandstaettera pt. "Przypowieść o Ojczyźnie", "Modlitwa zapisana na łodygach" i "Anioł Pański". Tak też się stało. Przed samym Apelem Jasnogórskim o.Wojciech zapowiedział mnie z imienia i nazwiska. - Skąd miał wiedzieć, że chciałem być "anonimowy"?
Zrobiło mi się niefajnie. Zdałem sobie sprawę, że zebrani pomyśleć mogę, że robię przedwyborczą reklamę. Wszak w ostatnim czasie, gdzie "nie otworzysz lodówki" - tam gęba Studzińskiego. Wszystko za sprawą mojej działalności społecznej. Nie rozumianej przez wielu lub błędnie postrzeganej. Ogarnął mnie smutek, bo zawsze brzydziłem się wykorzystywaniem Kościoła do działalności politycznej. Mój czynny udział w uroczystościach mógł tak zostać odczytany.
To jest jeden z powodów, że w mojej obecnej parafii nie angażuję się do niczego, a od pewnego czasu podczas nabożeństw znalazłem sobie miejsce na chórze, by zejść z widoku. Z resztą ludzie tu jacyś inni. Rozdrobnieni, pomimo zaangażowania organisty, milczący. Czuję się obco i jakoś pogubiony. Może inni tak samo czują?
Dzisiaj byłem w swoim kościele na mszy o dziewiątej. Chciałem pójść do spowiedzi - wyjątkowo nikt nie słuchał.
Ku mojemu zdziwieniu dojrzałem wśród wiernych znajomą z widzenia młodą kobietę na wózku inwalidzkim. Bardzo ucieszył mnie Jej widok. Miałem ochotę po nabożeństwie podejść do Niej, by powiedzieć jak dobrze, że jest. Nie byłem sam, to odpuściłem.
Nie tak dawno zmarła młoda dziewczyna poruszająca się na wózku. Sądziłem, nie tylko ja, że Ona nią była, bo ostatnio zniknęła z pola widzenia. Nagle pojawia się. Odetchnąłem z ulgą.
Jak może cieszyć widok osoby kalekiej - powiedziałby kto?
A jednak cieszy i to bardzo.
- Znowu wjechałem na poboczny temat...
Wracając do uroczystości Zesłania Ducha Świętego u duchaczy.
Moją kwestię wypowiedziałem w miarę poprawnie. Zebrani słuchali z uwagą. Następnie został odśpiewany Apel Jasnogórski i rozpoczęło się czuwanie i wspólna modlitwa.
Nie oglądałem się do tyłu. Siedziałem w pierwszej ławce. "Świat pękał mi w skroniach". Zdałem sobie sprawę, że ludzie tam zebrani to prawdziwy Kościół Chrystusa. Dało się to wyczuć. Zaangażowany śpiew, modlitwy i atmosfera wspólnoty... A ja... bezbronny jak dziecko, które dopiero co na świat przyszło. Łzy kręciły się w oczach, myśli tysiące i ciągle to samo pytanie do rozważań:
Czy mam prawo tu być ?...
O północy rozpoczęła się Msza Święta. Zakończyła po pierwszej w nocy. Do domu dotarłem około 1.30. Te ponad cztery godziny u "Duchaczy" nie były czasem straconym. Długo jeszcze rozmyślałem nie mogąc zasnąć.
Moim dawnym współbraciom ojcom Mirkowi Zabrockiemu, Wojtkowi Lanieckiemu jak również Pani Agnieszce i całej wspólnocie wiernych zgromadzonej na uroczystości dziękuję za to, że mogłem choć przez chwilę być częścią Was.